Co robić, gdy…?

Myślę, że prawie każda współuzależniona osoba ma w sobie coś z bohatera.
Herosów wśród nas nie brakuje.
Jesteśmy także bardzo niezależni. Nie lubimy, żeby inni się wtrącali do naszych spraw.
Radzimy sobie sami.
Właściwie to nawet nie przychodzi nam do głowy inne wyjście.
Naprawiamy świat.
Naprawiamy innych ludzi.
Czasami jesteśmy zamieszani w trudne historie. Nieraz czujemy, że nas one przerastają. Zdarzają się sytuacje spędzające sen z powiek. Jak na nie odruchowo reagujemy?

Najczęściej zadajemy sobie i innym pytanie, „co ja jeszcze mogę zrobić”. Albo, „jak mogę wpłynąć na tego kogoś, żeby się zmienił, żeby zrozumiał.” Najczęściej łączy się to z opisami działań, które bohatersko podejmujecie na własną rękę, trzymając się z dala od terapeutów, sądów, policji (nie daj Boże), pogotowia ratunkowego i innych instytucji publicznych, ale także równie z daleka od sąsiadów, grup wsparcia i ludzi w ogóle.
Otrzymuję od wielu z Was pytania o to, co robić. Słucham i czytam także wypowiedzi w radiu i na forach internetowych i podobna postawa jest wśród osób współuzależnionych bardzo popularna.

Zauważyłam, że wiele z Was ma obawę, że sobie nie poradzicie. Powiem szczerze: jeżeli będziesz działać zawsze i wyłącznie na własną rękę, jeżeli uważasz, że tylko Ty masz moc zbawienia świata, jeżeli uważasz się za Konrada Wallenroda, który w tajemnicy przed całym światem podejmuje heroiczne akcje, to bardzo prawdopodobne, że faktycznie sobie nie poradzisz.

Owszem, masz w sobie moc zmieniania świata i czynienia dobra. Możesz zdziałać bardzo wiele. Jednak skuteczne działanie polega przede wszystkim na świadomości i na elastyczności. Są pewne rzeczy, które możemy zmienić. Są takie, na które nie mamy wpływu. Są też takie, na które inni mają większy wpływ, niż my. Dlatego o wiele lepszym pomysłem, niż twarde i uporczywe trzymanie się filozofii Zosi Samosi jest przyjrzenie się sytuacji, znalezienie kilku możliwych rozwiązań i wybranie takiego, które prawdopodobnie będzie najskuteczniejsze.

Największy problem dla mnie zawsze polegał na tym, że gdy ogarniała mnie rozpacz, złość i bezsilność, traciłam zdolność do twórczego myślenia i do wymyślania pomysłów. Przekonałam się jednak, że to nie jest tak, że tego pomysłu NIE MA, tylko ja NIE MAM SIŁY NA NIEGO WPAŚĆ. Nieraz wyjściem z impasu była rozmowa z co najmniej kilkoma osobami i zebranie pomysłów od nich, a potem wybranie takiego, który moim zdaniem będzie najlepszy.

Nauczyłam się też pamiętać, że nie żyjemy w dżungli, tylko w kraju, w którym funkcjonują różne instytucje, mające za zadanie udzielanie pomocy w trudnych sytuacjach. Istnieją specjaliści, którzy od lat zajmują się pomaganiem w rozwiązywaniu problemów, instytucje pomocowe, służby publiczne. Dlaczego więc ich omijać? Bo mają złą opinię? Zawsze mają jakiś nadzór, można się poskarżyć.

Rezygnacja ze zgłaszania się do specjalistów tylko dlatego, że ten czy inny specjalista nie pomógł, jest, moim zdaniem, najczęściej tylko wymówką. Nikt nie lubi się zwierzać ze swoich problemów, ani podejmować ryzyka, że Ty się zwierzysz, a tu ktoś Cię nie zrozumie i wcale nie pomoże. Trudno jest gdzieś pójść i nakablować na kogoś bliskiego, nawet jeżeli jego zachowanie zagraża jego lub Twojemu, lub czyjemuś bezpieczeństwu. Więc łatwiej jest powiedzieć „nie ma nikogo, kto by mógł tu pomóc” i wypisać sobie zwolnienie z dalszych działań w tym kierunku, lub podjąć akcję typu Konrad Wallenrod. Weź tylko proszę pod uwagę, że błędy występują w całej przyrodzie, że w każdej grupie społecznej znajdzie się ktoś, kto nie powinien się tam znaleźć. I co z tego? To nie znaczy, że nie warto tam się zgłaszać i przestać walczyć o to, by udzielono nam właściwej i kompetentnej pomocy. Jeden specjalista nie pomoże – inny tak. Jedna grupa okaże się nietrafiona, inna stanie się Twoją nową rodziną.

Jeżeli natomiast zrezygnujesz, owszem, nie będziesz się prosić, nie będziesz się wystawiać na żadne ryzyko, nie będziesz się zwierzać komuś, kto być może nie zrozumie, ale też masz za to gwarancję, że osiągniesz znacznie mniej, niż możesz.

Zachęcam więc do poszukiwań – osób i rozwiązań.
Grupa wsparcia, na której można zrobić burzę mózgu i skorzystać z doświadczeń innych, którzy przeszli podobne zdarzenia jest znakomitym źródłem pomysłów.
Wiedza na temat możliwości prawnych – również.

Pozdrawiam Was słonecznie choć zimowo,
Justyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *