Historia o więźniu zamkniętym w jaskini

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić pewną opowieścią.

Nie daj się zamknąć w jaskini

Panteon, foto: ja.

Dawno, dawno temu pewien człowiek został skazany na śmierć. Założono mu opaskę na oczy i zaprowadzono do jaskini.
Miała pięćdziesiąt metrów długości i pięćdziesiąt metrów szerokości.
Więzień dostał jeszcze jedną, ostatnią szansę.
Otóż powiedziano mu, że z tej jaskini jest wyjście. Jeśli je znajdzie, może odejść wolny. Przez trzydzieści dni będzie otrzymywał chleb i wodę. I ma czas. Potem już nie.

Wejście do jaskini zostało przywalone ciężkim głazem, a więzień znalazł się w ciemności. Mógł zdjąć opaskę z oczu i swobodnie chodzić po całej jaskini.

Chleb i wodę spuszczano mu codziennie z niewielkiego otworu w sklepieniu, w południowej części jaskini. Od ziemi do sklepienia było jakieś sześć metrów, a sam otwór miał około trzydziestu centymetrów szerokości. Więzień widział jasność w górze, ale do samej jaskini nie wpadał ani jeden promień.

Więzień pochodził sobie po jaskini, pomacał dno i ściany, aż zauważył, że jest tam sporo kamieni, niektóre nawet całkiem spore. Zaczął je zbierać i układać w wielką kupę, żeby zbudować piramidę, po której dostanie się do otworu i w ten sposób będzie uratowany. Całymi godzinami wydłubywał z ziemi kamienie i znosił je na miejsce. W końcu luźno leżących kamieni zabrakło, a on musiał gołymi rękami wydłubywać kolejne kamienie coraz głębiej z ziemi. Było mu coraz trudniej i trudniej.

Minął miesiąc. Kupa kamieni, będąca jedynym jego ratunkiem miała już trzy metry wysokości. Właściwie gdy mocno podskoczył, mógł już prawie-prawie dosięgnąć otworu w sklepieniu. No i co dalej? Nieszczęsny człowiek był już skrajnie wyczerpany, a jedzenie przestało się pojawiać. Słabł z godziny na godzinę.

W pewnym momencie zebrał się w sobie, podskoczył wysoko… i upadł. Był za słaby, żeby cokolwiek więcej zrobić. Po dwóch dniach umarł z głodu i wycieńczenia. Ci, co go uwięzili przyszli, by zabrać ciało. Odwalili kamień zamykający wejście i oto światło zalało wnętrze jaskini. Oświetliło duży, ciemny otwór w południowej ścianie, prawie pod samą dziurą w sklepieniu.
Otwór był wejściem do tunelu, prowadzącego na drugą stronę góry. Właśnie o nim mówili więźniowi, gdy dali mu ostatnią szansę. Gdyby obmacał dokładnie ściany i znalazł przejście, byłby wolnym człowiekiem. To było takie proste!

Człowiek tak bardzo skupił się na pierwszym pomyśle, jaki przyszedł mu do głowy, że trwał przy nim uporczywie do samego końca.

Tymczasem droga do wolności zaczynała się tuż obok, na wyciągnięcie ręki, tyle że jej początek skryty był w mroku…

Morał? Wiele bardzo trudnych spraw ma rozwiązania, tylko ich nie znajdujemy, bo szukamy nie tam gdzie trzeba, tylko tam gdzie nam się wyda, że są. Nie sprawdzamy wielu rozwiązań, lecz uparcie tkwimy przy pierwszym, jakie przyjdzie nam do głowy, nawet jeśli widzimy, że nie jest skuteczne. Trudno uwierzyć, że rozwiązania niektórych problemów ukryte są tam, gdzie nie bardzo chcemy się zapuszczać.

Historię tę znalazłam w książce Johna Bradshawa o wstydzie, którą właśnie czytam. Podobno jest to historia terapeutyczna powtarzana tradycyjnie dla potrzeb różnych terapii, więc mam nadzieję, że należy do mądrości ogólnoludzkiej i prawa do niej nie są przez nikogo zastrzeżone.

Jak się Wam podoba ta opowieść?
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
Justyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *