Kim jest alkoholik?

Co to znaczy, że ktoś jest alkoholikiem? Na hasło „alkoholik” najczęściej przychodzi na myśl zataczający się i wymiotujący pijak, który bełkocze, brzydko pachnie, którego żona zbiera rozpaczliwie z knajpy, spod sklepu lub z ulicy, który wynosi rzeczy i pieniądze z domu, jest bezrobotny, ma w domu nędznie i brudno, w oknach wiszą oberwane, brudne firanki. Nieraz wpada w ciąg i na kilka dni znika. Ląduje w izbie wytrzeźwień. Śpi w kupie liści, w krzakach, w autobusie, siedzi na przystanku lub stoi pod sklepem. Jego dzieci żebrzą lub myją szyby na skrzyżowaniu, czasem nawet kradną, żeby mieć na jedzenie, a jeśli przyniosą gotówkę do domu, ojciec pieniądze zabiera i kupuje sobie za nie wódkę. Wreszcie rodzina go opuszcza. Jest samotny, zaniedbany, nieraz traci dom. Ma fioletowy nos, opuchnięte policzki, przekrwione oczy. Jest gruby, albo nienaturalnie chudy. Czuć od niego alkoholem.

Inni mówią:
– nie jestem alkoholikiem, bo przecież każdy czasem pije.
– nie jestem alkoholikiem, bo przecież wracam do domu na noc.
– nie jestem alkoholikiem, bo piję tylko piwo.
– nie jestem alkoholikiem, bo nie piję w pracy.
– nie jestem alkoholikiem, bo nie piję codziennie.
– nie jestem alkoholikiem, tylko muszę odreagować stresy.
– nie jestem alkoholikiem, bo nigdy nie piję sam.
– nie jestem alkoholikiem, tylko człowiekiem rozrywkowym.
– nie jestem alkoholikiem, bo w każdym momencie mogę przestać pić.

Pan Władysław na przykład uważa, że nie jest alkoholikiem. Co wieczór, od wielu lat, przychodzi do domu z pracy, zjada obiad, potem siada w fotelu, wypija kilka kieliszków koniaku i zasypia na kilka godzin. Budzi się gdy jest już wieczór, pochodzi trochę po domu, kładzie się spać. I tyle. No, chyba że ktoś się w domu zbyt głośno zachowywał lub przeszkadzał w spaniu. Wtedy ojciec wpadał w szał. Robił się czerwony na twarzy i wrzeszczał, wymyślając matce i córce używając mocnych słów i określeń zapadających głęboko w serce. Poza tym okazjonalnie na imieninach… ale bardzo grzecznie i bez przesady. I to wszystko, jeśli chodzi o picie. Jego dorosła dziś córka, Marta. jest DDA. Nie układa się jej w życiu, a gdy skonsultowała się z psychologiem, wspólnie doszli do tego, że ma wiele objawów typowych dla DDA. Wspomina, że właściwie nigdy nie miała kontaktu z ojcem. Ojciec nie interesował się jej sprawami, nie dbał o dom, o nic właściwie. Wszystko w domu robiła matka. Łącznie z naprawianiem kranów i przeglądami samochodu. Czasem ojciec miał rodzicielskie zrywy. Marta opowiada, że zdarzyło mu się pójść na przykład z nią i z matką na egzamin do gimnazjum – bo jako dziecko bardzo zdolne i jeszcze bardziej pracowite, startowała do prywatnej szkoły. Wstydziła się ojca, czuła się przy nim nieswojo. Była tak zestresowana, że egzamin źle jej poszedł i się nie dostała do szkoły o której marzyła. Pan Władysław nie uważa się i nigdy nie uważał za alkoholika.

3 komentarze so far.

  1. Alko pisze:

    A jeśli Pan Władysław byłby kochającym ojcem i córka byłaby z niego dumna?

  2. Justyna pisze:

    Hehe, fajne, podchwytliwe pytanie… Odpowiem tak: dopóki nikt nie ma problemu, to problemu oczywiście nie ma. Tylko czy rzeczywiście problemu NIE MA, czy też SIĘ GO IGNORUJE? Lub tak się innymi manipuluje, że się do problemów NIE PRZYZNAJĄ?

    Myślę też, że najlepiej przyjrzeć się rzeczywistym przypadkom, a nie teoretyzować. Zwłaszcza że teoretyzowanie jest często jednym ze sposobów na to, by nie poświęcać uwagi istocie problemu, albo wręcz uniknąć myślenia o tym, jak się ma konkretnie moja sytuacja do opisanego zjawiska.

    Znam kilka osób, które są dziećmi alkoholików i są ze swoich rodziców dumne. Ale wszyscy ci alkoholowi rodzice rozstali się z nałogiem i – jak to zostało ujęte we wczorajszej audycji w Radiu Podlasie – prowadzą NOWE ŻYCIE.

    Pozdrawiam,
    Justyna

  3. solus viator pisze:

    Witam, no właśnie idąc tropem myślenia przedstawionym na początku artykułu mój mąż nijak się ma do obrazu pijaka, akoholika ale… pije codziennie (dni bez picia można liczyć na palcach). Pije sam ze sobą, najpierw były to 2 piwa później 3 później tzw”małpki” ale odpadły ze względu na zbyt długie działanie a do pracy mąż jeszcze miał ochotę chodzić. Taki stan trwa już szósty rok. Rano 4 tabletki solpadeiny na ból głowy czasem w ciagu dnia dochodzą kolejne. Obiecywanie że to już koniec, że nie chce a wieczorem każdy pretekst jest dobry. 4 piwa a tuż przed mąż jest kochany przymilny szuka akceptacji. Jeśli zdarzy się wieczór bez picia zazwyczaj siedzi zamknięty w sobie przed komputerem, czepia się dziecka. Ja z kolei jako DDA spragniona akceptacji, miłych słówek szamotam się między całkowitą negacją picia a z kolei czasem sama dołączam bo tęsknie za tym żeby czuć bliskość, żebyśmy wspólnie poszli na sanki albo pograli w monopol, żeby czuć że jesteśmy rodziną. A później się wściekam bo to nie jest ta droga. Ja pracuję w szkole, codziennie muszę się przestawiać na życie „poza problemem”, uśmiechać się do innych nauczycieli, walczyć z buntem gimnazjalistów… po czym wracam do domu i wiem że znów będzie tak samo….przymilanie…wyjście do sklepu i picie…rano prochy… wieczorem picie….zamknięty krąg a najgorsze że wstyd nie pozwala mi o tym rozmawiać z jakąś przyjaciółką, siostry nie mam a przed rodzicami udaję że wszystko ok bo nie chcę martwić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *