Nie da się nic zrobić

Niedawno jechałam sobie w autobusie grzeczniutko, w takiej części, gdzie są fotele naprzeciwko siebie. Obok mnie druga pani. Jakiś facet podszedł nagle, stanął nad nami, postał chwilę – byłam pewna że to kanar – ale on ryknął:
– Nie przeszkadza paniom że usiądę? – No oczywiście że nie.
Zawinął się jakoś tak niezgrabnie i klapnął na siedzenie naprzeciwko mnie.
– Ale mnie pan nastraszył – powiedziałam – myślałam że powie pan „bileciki do kontroli”.
Mam wprawdzie bilet miesięczny, ale i tak mnie kanar stresuje, odruchowo się kurczę.
Facet zaczął przepraszać, że przeszkadza i że się zapytał, a potem zaczął mnie zaczepiać i zadawać różne pytania skąd jadę i dokąd, czy jestem mężatką itd., taki prosty flirt autobusowy.

Tak się zastanowiłam, że co jest. Na ogół do nikogo się w autobusie pierwsza nie odzywam, a już na pewno nie do mężczyzn. A tymczasem jak tylko podświadomość wskazała mi alkoholika, to się odezwałam. Nawet zresztą nie był mocno pijany, tylko widać z daleka że alkoholik. Jakoś tak przykro mi się zrobiło, że te mechanizmy we mnie ciągle jeszcze działają. Jednocześnie poczułam się osaczona i przytłoczona wspomnieniami sytuacji z czasów współuzależnienia aktywnego.

Ale skoro mnie zaczepia, pomyślałam sobie, nie zaszkodzi porozmawiać.
– No i co się pani tak patrzy. Ma pani piękne usta.
– Bo mi pana żal.
– E tam żal. Niby dlaczego?
– Bo czuć od pana alkoholem i wygląda pan na kogoś kto pije prawie cały czas, a wcale by tak nie musiało być.
– Bo tak jest. Ale nic się nie da na to poradzić.
– Da się.
– Ale to jedyne co mi zostało.
– No oczywiście, jeżeli pan nie chce nic zmienić, to nic też się nie zmieni.
On mi na to zaczął opowiadać jak to go zła żona rzuciła, jak stracił pracę (chociaż tak naprawdę to niczego nie stracił tylko przestał robić, bo wyglądało na to że inteligencji i zdolności mu nie brak, tylko bardzo zniszczony) i że w ogóle nic się nie da zrobić i że nie ma sensu.
Ja natomiast pomyślałam sobie ile ta biedna żona musiała wycierpieć – wzięła sobie fajnego faceta, który się na własne życzenie zmarnował i dalej się marnuje. Ech.
W dalszym ciągu zaczął mi opowiadać, jakie to są kobiety (złe i myślą tylko o pieniądzach) i jacy nieszczęśliwi i biedni są mężczyźni… i jak nic nie można na to poradzić.
Można sobie oczywiście stereotypowo pomarudzić i dojść do wniosku, że nic się nie da. Miałam na końcu języka poradę, żeby porozmawiał z tą żoną, nie zaliczał jej do kategorii „kobiety” tylko do kategorii „drugi człowiek, z którym warto się dogadać”, ale oszczędziłam sobie tej porady bo i tak pewnie mi powie że nic się nie da.

W sumie to było takie banalne zdarzenie, ale jakoś mnie do głębi poruszyło. Przypomniałam sobie całe to uczucie bezradności, gdy miałam potrzebę wzięcia tego kogoś za fraki i ustawienia do pionu, zmuszania do wyjścia z knajpy, pilnowania – kosztem wypruwania z siebie resztek własnej energii i jednocześnie wiedziałam, że skutek będzie wybitnie krótkotrwały.

Właściwie dopiero podważenie tego, co się wie „na pewno”, rezygnacja z utartych torów myślenia i postępowania dało w moim przypadku skutki długotrwałe. Gdy rozmawiam z innymi uzależnionymi którym się udało oraz innymi osobami współuzależnionymi upewniam się, że w ich przypadku też to właśnie dało najlepsze efekty.

Myślę sobie, że gdyby tej facet nie był tak bardzo przekonany, że nic się nie da zrobić, to by coś zrobił. Chociaż z drugiej strony, może to przekonanie to tylko była wymówka, zrzucenie na okoliczności zewnętrzne winy za to, że tak naprawdę on sam nie chce nic z tym zrobić. Myślę, że piękne przykłady uzależnionych, którym się udało, doskonale rozbrajają takie przekonanie. Da się. Ale nie chcesz. Uświadom to sobie. To Twoja decyzja i Twoja odpowiedzialność.

A potem był przystanek i poszłam w swoją stronę.

Pozdrawiam Was ciepło w ten szary dzień grudniowy,
teraz oddaję głos Wam – komentujcie!

Justyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *