Rozstanie – klucz do decyzji?

change5Muszę się Wam do czegoś przyznać. Już od dłuższego czasu, właściwie od co najmniej trzech lat, zastanawiałam się, jak to jest: czy żeby przestać być osobą współuzależnioną, wyjść z tego zaklętego kręgu, koniecznie trzeba zerwać znajomość z uzależnionym bliskim?

Przyglądanie się historiom różnych rodzin, w których problem uzależnienia się pojawił, zaczęłam dochodzić do wniosku, że nie, nie jest to konieczne. Przecież są małżeństwa, w których udaje się przezwyciężyć chorobę i powrócić do zdrowia bez rozstania, a wtedy fakt nie opuszczenia drugiej osoby w potrzebie buduje ogromne zaufanie i bliskość. Nieraz słyszałam wypowiedzi alkoholików, którzy po otrzeźwieniu dziękowali swoim żonom, że przy nich były i wytrwały. Uważałam więc, że jeżeli ludzie się kochają, to nie muszą się spieszyć z rozstaniem w celu motywacji do rzucenia nałogu.

A jednak uzależnienie na ogół prowadzi do takiej destrukcji i tak bardzo podcina skrzydła niepijącym członkom rodziny, że właściwie na ogół rozstanie wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji. Pozwala ograniczyć koszty psychiczne (i różne inne) ponoszone przez, było nie było, niewinnych ludzi.

Zastanawiałam się zatem wielokrotnie, jaki tu może być klucz. Czy to tylko kwestia indywidualnego traktowania każdego przypadku? Czy też jeszcze coś więcej.

Dotychczas najczęściej myślałam, że chodzi o to, żeby trwać dopóki się tego kogoś kocha. Ale przecież nieraz kochamy ludzi, którzy nas traktują źle, którzy nam szkodzą bardziej niż pomagają. I wtedy co, trwać przy nim?

Tymczasem ostatnio przyglądałam się nieco lepiej tematowi przemocy domowej i doszłam do wniosku, że tu można znaleźć lepszą i konkretniejszą podpowiedź. Zmieniłam więc zdanie. Jeśli chodzi o rozstanie – kluczem do decyzji jest przede wszystkim właśnie przemoc. Jeżeli ktoś ją stosuje, warto się zastanowić, czy przyszłość z nim ma jakikolwiek sens. Na ogół ze stosowania przemocy trudniej się wyleczyć niż z uzależnienia. Poza tym przemoc jest traumą, zostawia ślady w osobowości, rany, które goją się bardzo długo, a nieraz nie goją się wcale.

We wpisach na portalu Niebieska Linia, które są poparte ogromnym doświadczeniem i badaniami naukowymi prowadzonymi przez piszących tam ekspertów, pojawia się znacznie szersze rozumienie pojęcia przemocy domowej, niż w gazetach i kolorowych pisemkach, nie mówiąc o tym, co za przemoc domową uznaje „wieść gminna” i kumy z przystanku autobusowego.

Popularnie, za przemoc domową uważa się sytuację, kiedy facet bije żonę lub dzieci. Prawda? Wiele osób podziela opinię, że jeżeli, powiedzmy, facet pobije kobitę (choć może być i odwrotnie), wtedy nie będzie niczym dziwnym, jeżeli ta kobieta odejdzie, czy rozwiedzie się. Jest to powód usankcjonowany prawem i uważany przez coraz więcej środowisk za moralnie usprawiedliwiający odejście. Takie rozumienie przemocy domowej dotyczy także osób, które zajmują się tym zjawiskiem zawodowo, policjantów, czy sędziów.

Tymczasem – uwaga – przemoc domowa to nie tylko jednorazowe, ciężkie pobicie

To także fizyczne krzywdy, których nie widać. To popychanie, szturchanie, policzkowanie, klapsy, straszące machanie rękami, rzucanie przedmiotami, przytrzymywanie, obezwładnianie, szarpanie za włosy lub za uszy. To także głośne puszczanie telewizji i imprezowanie do nocy, przez co nie da się spać. To budzenie w środku nocy bez ważnej potrzeby.

To także psychiczne znęcanie się nad drugim człowiekiem, manipulowanie, czy różne formy zniewolenia – od finansowego po seksualne.

Ale czy policja lub sąd zainteresuje się, gdy ktoś zgłasza taki rodzaj przemocy? W końcu bez obdukcji wykonanej u lekarza sądowego nie ma dowodu na przemoc w domu, prawda? Chyba że zeznania naocznych świadków, ale to nie są znów takie „twarde” dowody. Poza tym, kto jest naocznym świadkiem tych zdarzeń – na ogół cztery ściany.

Mam nadzieję, że kilka osób po przeczytaniu tego wpisu otrzeźwieje i zrozumie, że to, że Ty kochasz, nie wystarczy. Jeżeli on stosuje przemoc – nie tylko nie kocha, ale także jest na drodze, z której bardzo trudno zejść. Być może nawet trudniej niż z drogi uzależnienia, choć nieraz przemoc jest wynikiem uzależnienia i leczenie takiej osoby rozpoczyna się od leczenia uzależnienia, pozostawiając kwestię sprawstwa przemocy na później.

Nie zgadzaj się na przemoc, na to, żebyście Ty i Twoje dzieci odnosili rany, które się bardzo trudno goją. Ani na pobicia, ani na maltretowanie psychiczne. Jeżeli coś takiego dzieje się w Twoim domu i widzisz, że nie masz wpływu na pohamowanie tego, jest to powód, by poważnie rozważyć separację.

Pozdrawiam wszystkich czytelników bardzo serdecznie i zapraszam do dyskusji.

Justyna

PS. Wolno się ze mną nie zgadzać:-) Również zapraszam do rozmowy – komentarze są anonimowe a emaile, które podajecie, nie są publicznie widoczne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

http://www.psychologia.edu.pl/czytelnia/131-przemoc/1442-zbrodnia-doskonala-mechanizm-dzialania-przemocy-emocjonalnej-podejscie-poznawczo-behawioralne-ewa-praglowska.html

4 komentarze so far.

  1. Barbara pisze:

    Witam. Bardzo ważną kwestię porusza artykuł. Niewiele jest osób udzielających wsparcia przy przemocy psychicznej. To jest tak indywidualna sprawa, że każda osoba powinna przechodzić terapię dla siebie, bo tyle jest stref do naruszenia w różnym stopniu, że trudno znaleźć dwie osoby z takimi samymi zburzeniami.Choć mówi się, że w grupie siła i to jest PRAWDA. Jestem w trakcie terapii współuzależnienia. „Rany” zadane przez męża są tak głębokie, że wpływają na moje funkcjonowanie, choć mam silną osobowość. Dawałam sobie rady przez długi czas, jednak doszły inne trudności i problemy, które spowodowały nawarstwienie trudności i stresu (sprawy rodzinne poza piciem i przemocą psychiczną oraz finansową). hm.. Po przeczytaniu artykułu znów zastanawiam się: czy rzeczywiście jestem w stanie normalnie funkcjonować w takim związku? Jak długo wytrzymam ciągłe napięcia? Czy to, że nadal pociąga mnie i szanuję go za pewne rzeczy wystarczy? Przecież byłam i jestem sama dla siebie kapitanem, sterem i okrętem. Na prawdziwe wsparcie raczej liczyć nie mogę, bo leczenia podjąć nie chce. Więc dlaczego boję się odejść? Dlaczego odczuwam lęk, że sama nie podołam utrzymać domu, bo za mało zarabiam? To działa jak smycz, szarpanie nie uwalnia. Naprawdę trudno podjąć decyzję z zaburzoną przez przemoc psychiką. Pozdrawiam

    • Justyna_Jannasz pisze:

      Witaj,
      Cieszę się, że mój artykuł skłonił Cię do refleksji. To prawda, takie życie odbiera siłę i im dalej to trwa, coraz trudniej podjąć decyzję o odejściu. Na pewno nie jest to łatwa decyzja, ale moim zdaniem, najważniejsze jest, że niezależnie czy się odchodzi czy zostaje, warto mieć poczucie, że się tak wybiera, a nie, że się musi. Najgorsze natomiast są iluzje. Być może czas zaakceptować to, że Twój Mąż się już nie zmieni, nie będzie się leczyć, nie będzie Cię wspierać. Mimo różnych spraw, za które go kochasz i cenisz. Że na wsparcie masz jak najbardziej szanse, ale niekoniecznie u niego, że możesz się od niego w dalszym ciągu spodziewać narastającej przemocy. Wtedy możesz podjąć decyzję, co dalej. Każda będzie dobra, byle prawdziwa, bez oszukiwania samej siebie.

  2. Ewa pisze:

    Witaj ,,,,Twój artykuł poruszyl we mnie stare wspomnienia ….Dzis już wiem że sama miłość nie wystarczy…by trwac przy alkoholiku i czekac az ozdrowieje ze zmieni się w człowieka ,,,,,Pogubiona jestem ciagle i przeszłość wraca pomimo ze od rozwodu minęło 5lat.Postanowiłam przejść 12 kroków i mam sponsora ….mam nadzieje ze program mi pomorze odnależc siebie taka jaka chciałabym być ,,,,Decyzja była trudna ale spotkałam kobiete której pomogła terapia ,,,Wiem ze mi się uda ze i mnie to tez pomorze,,,,pozdrawiam ..EWA

    • Justyna_Jannasz pisze:

      Też mam taką nadzieję! Udział w terapii zdecydowanie przyspiesza powrót do siebie. Gratuluję Ci 5 lat wolności i życzę kolejnych – coraz lepszych 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *