Szerokie wody bezsilności

Nasz żaglowiec Witaj Załogo!

Nasz statek unosi się na falach… morze jest spokojne… Jesteśmy dobrze wyposażone na wyprawę, pełne energii i nadziei. Śmiało odbijamy od brzegu. Machamy tym, którzy zostają w porcie. Za jakiś czas znów się zobaczymy, ale jeszcze nie teraz.

Mijamy główki portu i patrzymy na szerokie wody.

Morze jest szare i całkiem jeszcze dla nas niezrozumiałe, nieoswojone. Niby spokojne, ale wiemy przecież, że głębokie, a poza tym w każdej chwili może się zerwać silny wiatr, rozkołysać fale i będzie znacznie mniej przyjemnie niż dotąd.

Pytanie za sto punktów – kto z Was ma chorobę morską? Kto będzie się męczył w pierwszych dniach?

No nic, o tym przekonamy się później.

Na razie wyobraź sobie, że takim właśnie morzem jest Twoje życie. Coś się dzieje, coś Cię unosi, coś Cię porywa w jedną – drugą stronę, czasem Cię kołysze, czasem szarpie Tobą, a Ty masz jakby niewielki wpływ na to, co się dzieje. Zauważasz pewne regularności, ale więcej zdarza się sytuacji nieprzewidzianych, większych od Ciebie, bardzo niepokojących.

Niemal każdy człowiek ma potrzebę kontroli. Zwłaszcza jeżeli jest człowiekiem nienawykłym do obcowania z naturą w czystej postaci. Zwłaszcza, jeśli przeżył w życiu chwile strachu i zagubienia. Zapominamy o tym, że życie, żywioły, świat – są od nas znacznie większe i silniejsze. Śmieją się z naszej woli i z naszych prób kontrolowania.

No a teraz jesteś na morzu i przyjrzyj się tym szarym falom, z których każda podnosi się i opada w innym momencie, na inną wysokość, trochę rytmicznie, a trochę w ogóle bez jakiegokolwiek rytmu… Wyobraź sobie, ile metrów mamy do dna… Wyobraź sobie, że w swoim przekonaniu o własnej mocy wchodzisz na sam dziób, na wystający z dziobu bukszpryt – to belka stercząca z dziobu, pod nią jest tylko woda. Na wszelki wypadek przypinasz się uprzężą. Siadasz na nim okrakiem z nadzieją, że będzie fajnie bujało. I buja. 20 metrów w górę, a potem nagle w dół. I znowu. Możesz się poczuć jak mrówka uczepiona do nogi słonia, który kroczy. W górę i w dół i w górę i znów ciężko w dół. Morze śmieje się z naszych prób kontrolowania tego, co się dzieje. Jesteś mrówką na nodze słonia.

Tak też wygląda nasze mierzenie się z uzależnieniem. Wiedzą to trzeźwiejący alkoholicy, ale nie zawsze wierzą w to kobiety, które przy nich trwają. Każda myśli – Ha! Mi się uda! Ja go wyciągnę! Ja mu pomogę! Poświęcają się, pilnują, walczą… i nic. Albo – działa na krótko.

Oczywiście zdarza się, że silna kobieta ma wpływ na swojego towarzysza i faktycznie swoją postawą wpływa na to, że rzuca on uzależnienie. To zależy od obu osób, ich szerszego otoczenia i wielu innych rzeczy. I zdarza się tylko czasami. Na ogół walka z uzależnieniem przypomina bardziej walkę z wiatrakami, albo właśnie z żywiołem. Warto więc liczyć siły na zamiary i w momencie, gdy odczuwamy bezsilność, otwarcie się do niej przyznać.

Wiem, że tak w ogóle, na ludzkie możliwości, jestem silna. Mam mocny charakter, zdrowe ciało, ogromnie silną wolę. Jestem wytrwała i zaangażowana.
Wiem też jednak, że wobec żywiołu jestem małym paproszkiem, który żywioł mógłby rzucić gdzieś daleko, zalać falami, wychłodzić i udusić.
Co jest dla mnie ważne w tej sytuacji?
Żeby się nie utopić.
Żeby dopłynąć tam, gdzie chcę, mimo całej mojej małości.
Zrobię to, korzystając z tego, co mam – to jest wcale nie z siły, zmuszania żywiołu do posłuszeństwa i z walki. Zrobię to poznając żywioł i jego naturę jak najlepiej, rozumiejąc, wyciągając wnioski i otaczając całą sytuację mądrą miłością.

A więc na najbliższy czas, drogie Żeglarki, trzy zadania przed każdą z nas.
1. Uświadom sobie swoją bezsilność wobec żywiołu uzależnienia, z którym masz do czynienia. Nie ma sensu z tym walczyć. Nie ma sensu tego kontrolować. Odpuść sobie. Przyjrzyj się sytuacjom, które się pojawiają w Twojej codzienności i zanotuj w dzienniku podróży każdą okazję, kiedy udało Ci się zrezygnować z kontroli. Kiedy udało Ci się zająć myśli swoimi sprawami, a nie tym, w jakim stanie Twój uzależniony pojawi się w domu. I czerpać z tego przyjemność. Kiedy udało Ci się na niego nie wkurzyć i nie zareagować nerwowo. Możesz się tym pochwalić także w komentarzu poniżej.

2. Uświadom sobie, że mimo bezsilności, nie jesteś bezradna. Musisz tylko dobrze poznać i zrozumieć naturę żywiołu, z którym masz do czynienia, a potem otoczyć całą sytuację mądrą miłością. Nie jest to łatwe, ale ma szanse się udać. Tym będziemy się zajmować jeszcze nieraz w czasie tego rejsu.

3. Znajdź 10 minut każdego dnia, najlepiej regularnie o tej samej porze, gdy otwierasz swój dziennik i wpisujesz tam:
– Za co jesteś tego dnia wdzięczna oraz
– Co Ci się tego dnia udało.
Będzie bardzo dobrze, jeżeli uda Ci się właśnie zauważyć, jak rezygnujesz z kontroli i agresywnych zachowań.

Pozdrawiam Was wszystkie bardzo serdecznie,
Czekam na Wasze komentarze, wieści jak Wam idzie. I do usłyszenia wkrótce!

Justyna

16 komentarzy so far.

  1. Gabriela pisze:

    Droga Justyno, dziękuję za ładny tekst, ciekawe przemyślenia, za wymowne obrazy. Poczułam się zrozumiana i nabrałam odrobiny nadziei, bo właśnie bezsilność ostatnio sprawia, że nie potrafię ucieszyć się życiem. I sprowadza mnie na ziemię fakt, że jakkolwiek bym nie nazywała tego wroga, widząc go w drugim – i tak okazuje się, że zmagam się tylko i wyłącznie z własnym wewnętrznym światem… Prawda?

    • Justyna pisze:

      Prawda prawda. A przyznanie się do bezsilności, jeśli się ją odczuwa, naprawdę pozwala dotknąć prawdy.
      W tym całym zamieszaniu związanym z uzależnieniem, w bałaganie, manipulacji i pomieszaniu rzeczywistości z wytworami chorego umysłu każde dotknięcie prawdy – także bolesnej – czyni cuda.
      Warto się odważyć i spojrzeć prawdzie w oczy. To może wyjść tylko na dobre 🙂

  2. Edyta pisze:

    Super dzieki mam nadzieje ze po tym rejsie wroce madrzejsza i spokojniejsza.dziekuje Pani Justyno

  3. goosiik pisze:

    No wlasnie, dobra mysl , zeby sie nie utopic. Tylko ciezko zajac mysli czyms innym, gdy przez lata kontrolowalo sie alkoholika. Staram sie kontrolowac teraz wlasne mysli,Odkrywam na nowo sama siebie.

    • Justyna pisze:

      Super! Warto uczyć się jak to jest zajmować się swoimi sprawami. Wystarczy poświęcić na siebie niewielką część czasu, ale ważne, żeby to się zdarzało. Powodzenia w takim razie w dalszym odkrywaniu siebie!

  4. Mirosława pisze:

    Bardzo pomocne sa dla mnie Pani opisy,porównania.Mira

  5. Urszula pisze:

    Bardzo dziękuję za ten artykuł. Niby to takie oczywiste, ale dla mnie bardzo trudne do zrealizowania w życiu.

  6. Manu pisze:

    Myślę, że zrobiłam jakiś malutki krok do przodu, uwalniam się od ciągłego myślenia o moim ojcu-alkoholiku, staram się zdystansować do tego co mówi. Co prawda relacja córka-ojciec jest zupełnie inna niż żona-mąż, ale czytam Twojego bloga Justynko i staram się stosować do Twoich rad. Może jest trochę tak, że odcięłam się od tych emocji i zamroziłam swoje uczucia związane z ojcem, pewnie znów to wszystko kiedyś wypłynie, ale póki jest nieźle…trzeba dalej poznawać żywioł

    Pozdrawiam wszystkie Żeglarki 🙂

    • Justyna pisze:

      Gratuluję postępów! Trochę jest to inna relacja, a trochę podobna. A jednocześnie również bardzo ważna i ma ogromny wpływ. Wypłynie, nie martw się o to, jeżeli tylko będziesz pilnować, by nie jechać stale po utartych koleinach, tylko choć czasem zmieniać perspektywę 🙂

  7. Magda pisze:

    Ta świadomość bezsilności wobec żywiołu, ale nie bezradności wobec własnego życia i decyzji, które podejmujemy, jest potrzebna w ogóle, nie tylko w sytuacji nałogu. Wieloletnie mechanizmy nadkontroli, wsparte jeszcze przez pewne nawyki perfekcjonizmu wyniesione z dzieciństwa, nie znikają same i są przenoszone na innych ludzi, nie tylko tę osobę, która zmaga się z nałogiem – choć pewnie w subtelniejszej formie. Ja mam to szczęście, że moja rodzina od 10 miesięcy trzeźwieje – a ja nie muszę się uciekać do nieskutecznych metod kontrolowania żywiołu (na szczęście i dzięki Bogu) – wprawdzie ograniczałam się do sposobów emocjonalno-psychicznych i nie weszłam w kołowrót sprawdzania, wylewania, zabierania itd., ale i tak było to bardzo wyczerpujące. Mogę powiedzieć ze swojego doświadczenia, że naprawdę sprawdza się zajęcie się sobą – a za tym idą dystans i konsekwencja. Mnie pomogło (choć mam świadomość, że teraz mi dobrze, więc demony śpią, a choroba alkoholowa jest podstępna). Niestety, problem nałogu w rodzinie dotyka szerszego kręgu osób – i te inne, nieco oddalone, a zaangażowane emocjonalnie osoby niekoniecznie wychodzą ze swoich mikro-współuzależnień i nie potrafią się pogodzić z tym, że ktoś może chcieć się zmieniać i system już nie funkcjonuje tak samo. Więc walka z żywiołem się nie kończy. Bo teraz przychodzi pokusa kontrolowania i „nawracania” tych „nienawróconych”. A trudne jest już nawet właściwe używanie kompasu – kłamstwa dla świętego spokoju, odsunięcia perspektywy burzy wchodzą niestety w krew.

  8. BASIA pisze:

    Oprócz współuzależnienia jestem też uzależniona. Ale po kilku latach prób i oczywiście błędów wiem już na milion procent, że nie sięgnę. Skąd wiem? Ano mam swoją teorię, że nie daję sobie, jakieś 24 godziny., itd. to jest jak dawanie sobie przyzwolenia, że może się zdarzyć – nie może. Nie może i już. Ja na to zgody nie daję. Od kiedy mam takie nastawienie i taką prawdę, swoją własną, nie mam i nie miałam żadnych głodów, żadnych pokus. Dbam, bardzo dbam o trzeźwość, o komfort trzeźwości. Zastosowałam się do wszystkich rad z terapii, podpowiedzi innych chorych i HUUURRRAAAA jestem czysta. A trzeba Ci wiedzieć, Justynko, że były i leki i narkotyki u mnie. W ogóle jestem „nałogowa”. Przy takim moim nastawieniu sama siebie nie poznaję, zmieniłam się zupełnie, jestem kimś innym. Z tamtą Sobą się pożegnałam, przebaczyłam Jej (choć trochę to trwało), teraz kiedy trzeba pomóc, pomagam, jak potrafię. Ale bardzo dbam, żebym to ja zawsze była bezpieczna, bo tylko kedy sama będę czysta, mogę pomóc innym, pomagając tym samym cały czas sobie. Nigdy się nie zatracę, jestem najważniejsza. Pozdrawiam Cię Justynko serdecznie i …FAJNIE,ZE JESTEŚ. Będę korzystała i powiem innym, że warto Cię poznać. PS. Mam nadzieje,ze nie wypadłam, jak jakaś egoistyczna jędza? Jeśli nawet, to nieważne…:)

    • Justyna pisze:

      Cóż mogę powiedzieć, HURRRAAAA! To naprawdę cudowne, że Ci się udało i udaje, i że znalazłaś swój sposób na opanowanie choroby. Chylę czoła i gratuluję każdego dnia. Absolutnie masz rację – dbanie o siebie nie ma nic wspólnego z egoizmem i należy o siebie dbać ze wszystkich sił. Wtedy najlepiej, najchętniej i najszczerzej można dawać – gdy się samemu ma to, co potrzebne. Ja wierzę też w znaczenie przepływu wartości – ja daję innym, ale też biorę od innych. Świat jest piękny, gdy jest zachowana równowaga. Jedyna relacja w której przepływ powinien następować tylko w jedną stronę, to relacja pomiędzy rodzicem a dzieckiem. W innych przypadkach równowaga jest najzdrowsza. Pozdrawiam Cię bardzo ciepło!

  9. BASIA pisze:

    Dziekuje Justyno.Slowa Twoje bardzo mnie ucieszyly i dodaly ,,wiatru w zagle,jesli chodzi o morze zwane zyciem”.
    Podalam Twoj blog kilku swoim znajomym(tez z problemem)!
    Moja corka przeczytala z uwaga i jest zachwycona,powiedziala,ze jest ze mnie dumna i ,co wazne ;wierzy we mnie.Kocham te moje szczescia;bo mam jeszcze syna.Oboje cudowni,chociaz ja sama nie bardzo sie sprawdzilam w roli mamy,czy zony.Z powodow bardzo roznych.
    wIESZ jUSTYNKO,TERAZ JA ,TRZEZWA bASIA mam zupelnie inne wartosci,priorytety.Teraz wiem,co wazne,co mniej wazne i najwazniejsze to pokora i wdziecznosc.
    Zwierze Ci sie nawet kochana,ze kiedy modle sie;nie prosze Boga, czy tez Sily Wyzszej praktycznie o nic.Wole dziekowac.
    Jest w AA takie powiedzenie ,,jesli chcesz rozsmieszyc Pana Boga? -powiedz Mu o swoich planach ‚.JEST TO BARDZO MADRE I rozsadne. Mozesz mi uwierzyc,odkad jestem ,,czysta” w miom zyciu dzieja sie rzeczy nieslychane,jakby bez mojego specjalnego udzialu.Sa to rzeczy cudowne i ..jestem szczesliwa…;bo trzezwa,a reszta jest ,,pikusiem”.Ale sie rozpisalam.Chyba dlatego,ze ostatnio wokol mnie jest sporo ,,zapic” i musze i chce to ogarnac;dlaczego i ,co jeszcze moge zrobic dla czlowieka,ktory wciaz cierpi. Ok. Justynko,zycze Ci dobrej nocy,dziekuje,ze Cie poznalam i chcialabym miec w Tobie ….przyjaciolke.:)

    napisze jeszcze ,pa

    • Justyna pisze:

      Piękne słowa… Dziękuję Ci Basiu za dzielenie się ze mną i innymi swoimi myślami. Jestem pewna, że wśród osób czytających tę stronę (i czasem też piszących) jest wiele życzliwych dusz, rozumnych głów i gorących serc. Pisz jak najczęściej, będzie to ważne i dla Ciebie i dla nas wszystkich.

  10. BASIA pisze:

    Twoje Justynko slowa rowniez sa piekne,dodaja skrzydel i ..motywuja.
    Podsunelam wielu osobom Twoja strone;ostatnio mojej mamie,ktora nie nadarza z wycieraniem lez nad swoim synem alkocholikiem.
    Ojciec nim byl,ja jestem i syn;troche duzo,jak na jedna osobe…
    Szkoda mi tej mojej mamy,dzwiga i dzwiga te kamienie;zadnego nie moze odrzucic,sa coraz ciezsze,pochylaja mi Ja bardzo.!
    Braciszek ma jeszcze komfort picia,wiec ja modle sie o rychly upadej jego,bo TYLKO TO MOZE PRZYNIESC mu wybawienie.
    Oby tylko nie stalo sie najgorsze;ale to juz tylko w rekach Pana….!

    Pozdrawiam Cie Justynko goraco,zyczac pogody ducha .Bede pisala;dziekuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *