Wyruszamy!

Minęło już sporo czasu odkąd zaprosiłam Was w tę podróż. Wiosna zbliża się wielkimi krokami… Widzę, że zebrało się nas sporo, do prowadzenia statku taki zespół z powodzeniem wystarczy, choć pełnej obsady jeszcze nie ma… Skoro tak, wyruszymy w drogę w takim składzie jaki jest, ale – zmienimy nieco trasę i po drodze zawiniemy do kilku portów na wyspach blisko naszego portu macierzystego. Być może tam znajdą się śmiałkowie (śmiałkinie!), którzy się do nas dołączą.

Taki plan. Dosyć czekania w porcie!
Nasz żaglowiec

Najpierw chciałabym Cię zapoznać pokrótce z zasadami obowiązującymi na pokładzie. Są to dość proste trzy zasady.
1. Ma być bezpiecznie.
2. Ma być miło.
3. Koniec zasad.

Pamiętaj, że od momentu wejścia na pokład każdy jest zdany na pozostałych członków załogi – a inni są zdani na Ciebie… To oznacza wiele, bo każdy i każda z nas musi spojrzeć nieco dalej, niż czubek własnego nosa, dostrzec innych, a także – w granicach własnego poczucia bezpieczeństwa – dać się poznać innym.

Celem naszej wiosennej podróży jest – paradoksalnie – dotarcie z powrotem do domu, tyle że zwiedzając odległe zakątki świata ulegniemy jakimś przemianom, zrozumiemy lepiej siebie, naturę która nieraz potrafi utrzeć nam nosa, ludzi, zyskamy inną perspektywę z której widzimy nasze życie. Jestem przekonana, że jeżeli ją odbędziesz, przestaniesz się szarpać ze swoim uzależnionym partnerem, a być może nawet skłonisz i jego do zmian.

Rozgość się zatem na pokładzie, obejrzyj go sobie dokładnie. Popatrz w górę na wysokie maszty. Może któregoś dnia wespniesz się na górę? Ale to kiedyś. Możesz też zejść pod pokład – obejrzeć koje, kuchnię okrętową, skorzystać po raz pierwszy z tutejszej toalety – jest dziwna i malutka, ale ważne, że dobrze służy. Gdy już zaspokoisz pierwszą ciekawość, zapraszam na tylny pokład. Usiądź i posłuchaj.

Czeka nas rejs, który potrwa jakiś czas, będzie sporo pracy fizycznej i sporo nauki.
Na razie wiem, że trudno Ci cokolwiek robić, bo ostatnio Twoje myśli głównie zaprzątały sprawy związane z uzależnieniem bliskiej osoby. Być może dzisiejsze zwiedzanie statku było pierwszą okazją, kiedy pomyślałaś o czymś innym. Być może ostatnio głównie towarzyszyły Ci stres i frustracja. Najwyższy czas, by się od nich uwolnić.

Myślę, że najlepiej zacząć od czegoś prostego, a przy okazji popracować nad tężyzną fizyczną, bo się nam ona bardzo przyda.
Czy też uważasz, że ćwiczenia fizyczne są nudne i męczące? Też mi się tak kiedyś wydawało, dopóki kiedyś nie zrobiłam się bardzo, bardzo zła i sfrustrowana. Miałam wszystkiego dość do tego stopnia, że poczułam potrzebę uwolnienia adrenaliny, albo jakiegokolwiek innej substancji z tych, które mnie po prostu zalewały w wielkich ilościach. Przez przypadek, robiąc coś, poczułam, że mogę wyżyć się – to jest dać upust swojej frustracji i stresowi – właśnie poprzez sport i pracę fizyczną.

Od tej pory zaczęłam wypróbowywać nowe możliwości, których nie znałam. Wypróbowywać nowe sporty i formy aktywności. Kupiłam sobie rower. Zdecydowałam się na naukę windsurfingu. Zaczęłam biegać i chodzić na basen. Potem odważyłam się zacząć spełniać moje marzenia związane z nauką tańca. Oczywiście nie robiłam tego wszystkiego naraz, ani też nie każda aktywność fizyczna była równie przyjemna. Ważne, że udało mi się trafić na kilka takich, które są naprawdę super.

Co mi daje ruch?
1. Poczucie spokoju i rozluźnienia.
2. Mimo że najpierw jest to męczące, po dłuższym czasie rośnie kondycja, więc ogólnie mam więcej energii niż gdy nie ćwiczę.
3. Mam więcej siły gdy ćwiczę lub pracuję fizycznie oraz przytomniejszy umysł, dzięki czemu łatwiej mi radzić sobie z przeciwnościami losu.
4. Poznaję fajnych ludzi na zupełnie neutralnym gruncie.
5. Pozbywam się zmęczenia i otumanienia po dłuższym czasie siedzenia przed komputerem lub siedzeniem w domu. O TV wspomnę tylko.
6. Mam zajęcie, które jest niezależne od problemów mojej rodziny, zyskuję dystans i poczucie, że mam coś własnego.
No i oprócz tego pewnie milion innych korzyści.

Dlatego pierwszy odcinek naszej podróży, zanim zawiniemy do pierwszego portu i, być może, zaprosimy na pokład kolejnych członków załogi, poświęcimy właśnie na oderwanie się od stresu i frustracji poprzez wiosenny rozruch, pracę nad kondycją fizyczną i nabieranie tężyzny.

A zatem zastanów się proszę, wybierz jakąś dowolną formę ruchu dla siebie. Napisz w komentarzu, co chcesz, żeby to było. Potem zacznij to robić. Jeżeli uda Ci się spędzić choć po pół godziny na jakimś wysiłku fizycznym dwa razy w ciągu tygodnia, pochwal się w komentarzu.

Zachęcam także do komentarzy na temat wpływu ruchu na stres i frustrację.

Jeżeli te pomysły wydają Ci się mało oryginalne, nie przejmuj się, tylko spróbuj TO ZROBIĆ. Dalszy ciąg nastąpi, zapewniam Cię. Dalej będzie ciekawiej, ale tylko pod warunkiem, że zaczniesz działaś. Trzeba zacząć od czegoś, a to jest dobry początek.

Pozdrawiam całą Załogę bardzo serdecznie. Następnego artykułu spodziewaj się za kolejne 20 komentarzy! Pamiętaj, że biorąc aktywny udział w dyskusji pomagasz zarówno sobie, jak i innym.

Ahoj!
Justyna

16 komentarzy so far.

  1. dda pisze:

    Witajcie:):)
    Widzę, że myślimy podobnie Justynko! Wszystko co piszesz, to prawda. Ja już zaczęłam z Wielkim Postem! Co prawda nie zawsze wychodzi, ale staram się przynajmniej raz w tygodniu poćwiczyć. Ja akurat ćwiczę w domu, bo pogoda narazie nie sprzyja, z Ewą Chodakowską, ma świetne treningi dostępne na youtubie. Aktywują całe ciało, po zakończonym treningu ma się poczucie mocy, sprawczości, siły. Oczyszcza się ciało i umysł. Chce się działać. Wyrzut endorfin. A tak z innej beczki, pozytywny wpływ wysiłku fizycznego na nasza kondycję fizyczną i psychiczną jest udowodniony naukowo:)
    Pozdrawiam:)

  2. marta pisze:

    zgadzam się w pełni z tym, że aktywność fizyczna jest najlepszym rozładowaniem wewnętrznego napięcia, od pewnego czasu stosuje tą metodę- głównie są to długie spacery ale w szybkim tempie- teraz jeszcze naszła mnie taka myśl, żeby wrócić do gry w siatkówkę przynajmniej raz w tygodniu i to będzie moje postanowienie na najbliższy czas

  3. Beata pisze:

    Z pełną świadomością mogę przyłączyć się do tak mądrej załogi. Masz racje ćwiczenia fizyczne dawały mi możliwość odrywania się od bieżących problemów a jednocześnie ładowały mnie pozytywnie.Warunek jeden ćwicząc nie wolno zatruwać swoich myśli . Jazda rowerem z muzyczką w tle, aerobik czy step nie dość że daje energię , poprawia samopoczucie ale tez poprawia naszą figurę i samopoczucie . Kolejny warunek trzeba się uśmiechać, czasem na siłę . Te ćwiczenia zazwyczaj odbywają się w grupie , więc dzięki temu możemy pozyskać nowych znajomych.
    Podobnie jak ty Justyno nauczyłam się pływać na windsurfingu . Muszę stwierdzić – to wolność na wodzie. Nie do opisania przeżycia.
    Ktoś mi zarzuci ze zbyt optymistyczna czy radosna jestem . Ma prawo. Ale jedno wiem przez lata bycia współuzależnioną zrozumiałam co to znaczy dbać o siebie nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Ta praca nad sobą przełożyła się na moje relacje z otoczeniem. Przede wszystkim odczuwam radość, spokój i szczęście. Kolejny warunek …trzeba pozwolić sobie być takim i mieć dużo wiary na powodzenie. Bez wyrzutów sumienia .
    Pozdrawiam z uśmiechem.

  4. Sylwia pisze:

    Witam Justyno

    Ja ten pierwszy krok zrobiłam już jak przyłączyłam się do grupy Al-anon. W piątki od roku uczęszczam na zajęcia z fitnnes 1 godzina tygodniowo. Naprawdę pomaga się odstresować, i ma się tą satysfakcję, że ta godzina jest tylko dla mnie. Nawet mój partner jest z tego zadowolony często sobie żartujemy, że ćwiczę pośladki aby były jędrne jak orzeszek. (choć już kiedyś od niego usłyszałam , że się napił bo ja poszłam na fitness a on został z całą robotą – nie wzięłam sobie tego do serca, gdyż już wiem że to z powodu choroby jaką jest alkoholizm tak powiedział – była to dla niego doskonała wymówka – że to przecież prze zemnie poszedł się napić , a nie dlatego że już nie umiał wytrzymać). Moje samopoczucie znacznie się poprawiło, nie płaczę już gdy on wpada w kilkudniowy ciąg alkoholowy i zostaję sama, radzę sobie. Idę wtedy pobiegać, do znajomych aby nie myśleć o tym, że stoi pijany w sklepie i śpi na stojąco, nie wraca na noc. Mój problem pojawia się, gdy on trzeźwieje po zapiciu. Przez 2 dni leży z łóżku nie wstaje i przeprasza za swoje zachowanie. A ja nie wiem jak ja mam się zachować w takich chwilach. Często bywa tak, że rozmawiamy, mówię mu że to jest choroba, i że to się leczy, że rozumie co czuję i że zawsze może liczyć na mają pomoc. Po takiej rozmowie przytula się do mnie mocno dziękuję Mi, że jestem. Jednak za tydzień dwa sytuacje się powtarza. Znów zapija. Nie wiem jak się mam zachowywać w tych sytuacjach gdy on po przepiciu jest na kacu moralnym i szuka ukojenia, wsparcia. Czy być wtedy przy nim czy zostawić Go samemu sobie niech cierpi. Nie potrafię odejść od niego, zakończyć tego związku, choć rozum podpowiada, że tak by było najlepiej – ale serce nie chce. Nie wiem czy moja postawa wobec niego, gdy on jest na kacu jest dobra. Czy pomagam mu w ten sposób w piciu? Tak minie serce ściska, gdy widzę go takiego zdołowanego po zapiciu. I pozwalam mu się przytulic i o nic więcej nie pytam. Proszę dziewczyny jeśli macie jakieś doświadczenie w mojej sprawie podzielcie się. Jak wy byście postąpiły?

  5. Justyna pisze:

    Sylwio, moim zdaniem lepiej być przy nim i wspierać wtedy, gdy stara się NIE PIĆ.
    Ratowanie i pocieszanie gdy jest na kacu tylko zachęca go do dalszego picia, przecież cóż może być przyjemniejszego niż kiedy człowiek jest chory, smutny, leży sobie w łóżeczku, a ukochana go pielęgnuje i o nic nie pyta. To jest bardzo miłe, no a żeby do takiej sytuacji doprowadzić, trzeba wcześniej się niestety upić i spowodować burzę w rodzinie.
    Po burzy wszyscy czują ulgę i jest fajnie, a ten najbardziej „poszkodowany” jest ratowany. Moim zdaniem, takie pielęgnowanie się i pocieszanie jest super, ale w przypadku innych chorób, nie uzależnienia.
    Swoją drogą, burza nie przyszła znikąd. Ten niby najbardziej poszkodowany sam ją wywołał, a tymczasem innych, których spowodowana przez niego burza poraniła, uważa się za mniej poszkodowanych i ich nikt nie pociesza ani nie pielęgnuje. Widzisz paradoks?

  6. jagatka pisze:

    witam Was i ciesze ze podjęłyście jakieś działania. liczę na to, że czytając Wasze budujące komentarze i ja ruszę z miejsca.
    na obecną chwilę nie oceniam swojej sytuacji zbyt optymistycznie. Mam wrażenie jakbym tkwiła w bezruchu w środku potwornej machiny wspoluzależnienia, która to kręci się raz w jedną raz w drugą stronę niezależenie od mojej woli i wysiłków. Zwykle kręci się w tą jedną stronę(kiedy pije). Ja opadam ze wszelkich sil i motywacji do jakichkolwiek działań. Tkwiąc w tym bezruchu wyrzucam swoje frustracje na innych (kompletnie niewinnych), użalam się nad sobą wylewając litrami łzy do poduszki, a te najzwyklejsze czynności (np zakupy) stają się potwornie trudne do wykonania. I zupełnie niespodziewanie machina zmienia bieg. 2 do 3 dni trzeźwości i spokoju. z jednej strony szaleje ze szczęści i wierzę, że tym razem wszystko się zmieni. Radość olbrzymia, bo przecież wciąż wierze, że szczęśliwa mogę być wtedy i tylko wtedy, gdy on będzie trzeźwy. z drugiej strony widzę, że zaczynam przyjmować w tych chwilach pozycję asekuracyjną. nie angażuję się już na 100%, bo już tak wiele razy doświadczyłam tego, że po tych kilku dniach, machina zmieni swój bieg. Powróci niepokój, wyzwiska…
    Wiem już choć jedno: Tkwienie w tym bezruchu to nie podejmowanie odpowiedzialności.
    Wiąże z tymi artykułami i waszymi wypowiedziami nie mała nadzieje za rusze z miejsca.
    W skrajnie trudnych sytuacjach podejmowałam właśnie wysiłek fizyczny, by poradzić sobie z emocjami. Zawsze działało w 100%. Ostatnio trafiłam na trening zumba- fajna sprawa(wnosi dużo radości) być może, że częściej uda mi się poćwiczyć
    pozdrawiam

  7. Monika pisze:

    Witam. Dla rozładowania napięcia rzucałam się w szaleńczy wir pracy,ale to mało dawało. Dorzuciłam do tego spacery po lesie z psami. Potem szybkie pływanie. Jak po takim wysiłku stres i napięcie nie mijały postanowiłam poszukać innych rozwiązań. Z dużego basenu przeniosłam się na cieplutki brodzik. Z biegania z jęzorem po lesie na Qigong.Z obsesyjnego sprzątania domu zasiadłam do sztalug. Teraz wiem, że żyje i to co/kto mnie tak bardzo niszczyło stało się mniej dokuczliwe. Pozdrawiam wszystkich

  8. Danusia pisze:

    Witam
    Kiedyś wspaniale wypoczywałam psychicznie zajmując się ogrodem. Wówczas byłam silna. Obecnie po 16 latach tkwienia we współuzależnieniu brakuje mi sił. Od niedawna rozpoczęłam terapię i mam nadzieję że wrócą mi siły. Trudno jest mi pisać, dziś jestem tutaj po raz pierwszy.
    Kiedyś również jeździłam rowerem i pływałam.
    Prawie już zapomniałam jak ważny jest ruch, jak dzięki niemu można czuć się wspaniale. Mam w domu małą trampolinkę i na razie zacznę od niej.
    Pozdrawiam wszystkich bardzo cieplutko.

    • Justyna pisze:

      Witaj Danusiu,
      Pewnie każdy ma inaczej, ale gdy obserwuję ludzi i ich poczynania myślę, że poczucie sensu i spełnienia ma dużo wspólnego z dawaniem siebie innym ludziom, takim prawdziwym angażowaniem się w przekazywanie siebie dalej. Dla większości ludzi jedną z ważniejszych spraw jest udane życie osobiste i rodzinne. Gdy go w jakimś stopniu brakuje, staramy się cieszyć innymi rzeczami i czerpać z nich satysfakcję. Niektórzy się w nich spełniają, większość jednak traktuje to jak zastępstwo i w pewnym momencie brak tego, co odczuwają jako najważniejsze, daje się we znaki. No dobra, myślimy, lubię to robić, ale dla kogo to ma być? Tylko dla mnie? To jakieś puste i bez sensu! Tymczasem nieraz wystarczy odnaleźć ludzi, dla których będziemy robić to co dotąd, lub co innego, i życie ponownie nabiera sensu, a człowiekowi wracają siły.
      Też od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę grzebania w ziemi i pielęgnowania roślin, uprawy własnego jedzenia. Ale najbardziej cieszy mnie, gdy mam kogo tym jedzeniem potem karmić, kwiaty dawać. Wychowywać innych ludzi, żeby byli trochę tacy jak ja 🙂 W ten sposób wyobrażam sobie przekazywanie siebie dalej, swojej energii, życia… jeżeli daję część siebie innym ludziom, moje życie nabiera głębszego sensu… Dla mnie konieczny jest tu drugi człowiek, który poniesie tę odrobinę mnie dalej 🙂

  9. aneta pisze:

    Witam!!! Ja tkwie w swoim wspoluzaleznieniu ok.10 latek. Od niedawna biegam i chodze na aerobik. Juz mi sie wydawalo ze jest mi lepiej, łatwiej, endorfinki pozwalaly cieszyc sie zyciem:-) Niestety rece opadaja na uzaleznienie meza. Przed swietami wielkanocnymi tak pil ze spakowalam siebie i dzieci i wyjechalam do rodzicow. Mial czas na przemyslenie. Mialam przynajmniej taka nadzieje. Po moim powrocie przeprowadzilismy dluga rozmowe. Oczywiscie twierdzil ze bardzo chce sie zmienic, ze go tez meczy to picie. Zaproponowalam wspolna wizyte u specjalisty od zaleznien. Oczywiscie stwierdzil ze musi sam sobie dac rade. Z gory widzialam ze przegra ta probe. Niestety nie mylilam sie bo wytrzymal 2 tygodnie. I podobnie jak ktoras z wupowiadajacych sie kobiet nie wiem jak sie zachowac? Czy moe odzywac sie? Czy nadal napegac na wizyte u specjalisty? Najgorsze jest to ze czesto przy takim jego kolejnym kilkdniowym ciagu nie wytrzymuja moje emocje i WYBUCHAM:-( i wtedy juz ani bieganie ani aerobik mi nie pomagaja. Moze cos doradzicie?

    • Justyna pisze:

      Witaj Aneto!
      Uzależnienie polega między innymi na tym, że się manipuluje sobą i innymi ludźmi wokół. Niestety współuzależnienie również polega w dużym stopniu na manipulowaniu sobą, innymi i całą sytuacją. Dlaczego właściwie mu uwierzyłaś, że się zmieni, chociaż jednocześnie WIEDZIAŁAŚ, że nic takiego się nie stanie? Nie uważasz, że to ciekawe?

      Przyjmowanie takich obietnic nie ma raczej większego sensu, choć oczywiście wiem doskonale, jak potrzebne jest poczucie, że chociaż na chwilę „wszystko jest dobrze”, jak bardzo potrzebny jest spokój. Uzależnieni też potrzebują spokoju, dlatego też tak chętnie obiecują – cokolwiek. To jest manipulacja, bo wcale nie zamierzają nic zrobić, tylko tak sobie obiecują, żeby partnerka uwierzyła i żeby było trochę spokoju.
      Dlatego też w kolejnym artykule piszę o kompasie, którym jest prawda. Jeżeli wiesz jak jest – dlaczego dajesz sobie wciskać ciemnotę? Bez trzymania się prawdy łatwo można się pogubić.

      Samozaparciem alkoholizmu się nie leczy, a w każdym razie udaje się to jeszcze rzadziej niż trafienie szóstki w totolotka. Alkoholizmu w ogóle nie leczy się z dnia na dzień – w końcu na uzależnienie pracuje się długo, rok, kilka lat, czasem wiele lat, a więc odkręcenie tego procesu też musi potrwać. Wielu uzależnionych wyobraża sobie stan, w którym „już nie będą pili”. A nie wyobrażają sobie tego, co jest pomiędzy, tej całej pracy, wysiłku i nieprzyjemności związanych z „odkręcaniem” uzależnienia. No ale niestety muszą przez to przejść. To podobnie jak z dietą gdy chce się schudnąć. Fajnie być szczupłą, ale po drodze trzeba odmawiać sobie tego i tamtego… a tymczasem czekolada pomaga koić smutki, nerwy i niepokoje.

      Czy się nie odzywać? Och nie, odzywaj się. Ale nie przyjmuj tych śmiesznych obietnic. Możesz powiedzieć, „Przestań obiecywać i po prostu znajdź skuteczną pomoc dla siebie. Chętnie Ci w tym pomogę i będę przy Tobie gdy tylko będziesz robić dla siebie coś dobrego.” Kategorycznie domagaj się pójścia na leczenie lub do grupy AA. Odzywaj się, czemu nie? Jeżeli tylko masz możliwość, znajdź pomoc również dla siebie, po pierwsze będziesz dawać dobry przykład, po drugie będzie Ci o wiele łatwiej żyć mając wsparcie osoby, która patrzy na Waszą sytuację z troską, uwagą i dystansem.

  10. teresa pisze:

    Witam serdecznie swój wpis chcę odniesć do w/napisanego listu przez Justyne pięknie to Justyno napisłaś chcę się pod tym podpisać ponieważ nie mam wprawy w pisaniu to jednak muszę zrobić ten pierwszy krok ipodziękować Wam wszystkim piszącym no i przede wszystkim Tobie Justyno że prowadzisz tego bloga ponieważ go czytam i mi bardzo pomaga ta wiedza z którą się dzielicie to naprawdę ma sens jeszcze raz wszystkim piszącym dziękuję pozdrawiam Teresa

  11. Ania pisze:

    Witam, postanowiłam wejść na pokład. Bardzo lubię pływać choć od dawna tego nie robiłam. Za to chodzę z kijkami, co pozwala mi się odstresować i dostarcza pozytywnej energii mimo zmęczenia. Mój bagaż niosę już 20 lat. Zeszły rok był bardzo burzliwy. Dzięki dzieciom i pomocy przyjaciółki przestałam wreszcie paplać,wrzeszczeć i grozić . Choć było to bardzo,ale to bardzo trudne to co powiedziałam wprowadzałam w czyn. Nim coś powiedziałam, mocno się zastanawiałam czy podołam. Ale teraz czuję się silniejsza, udowodniłam sobie że potrafię. Choć pewnie każda następna decyzja będzie tak samo trudna. Udowodniłam jednak mojemu mężowi, że moje decyzje wprowadzam w życie.Zaczął traktować moje słowa poważnie, bo poczuł to dość dotkliwie. Idę kupić dziennik pokładowy, aby poukładać swoje wnętrze. Dziękuję i pozdrawiam.

  12. Ania pisze:

    Mi pomaga sprzatanie – wyżywam się na ścierce i odkurzaczu przy muzyce. A jak jest czysto, to lepiej się czuję, zbieram myśl i wówczas odpoczywam. Lubię też pływanie, ale robię to rzadko. Pływanie dlatego, że nie znoszę się pocić, w wodzie tego nie czuję. Kiedyś miałam taki patent – 7 minut w jaccuzi, 2-3 min. bicze wodne i chlup do basenu – i tak dwa razy. Komórki są tak dotlenione, że przepływam długość jakby jednym machnięciem rąk. Fajne uczucie, dodaje siły. Obecnie nie mogę złożyć żadnych deklaracji co do powrotu do aktywności fizycznej, na razie nie czuję sie na siłach zrobienia właściwie czegokolwiek konstruktywnego.

    • Justyna pisze:

      Witaj Aniu,
      Gdybyś miała składać deklaracje, to raczej przed sobą samą 🙂
      Konstruktywne działanie nie musi być fizyczne. Może w tym momencie potrzebne jest Ci coś innego.
      Wystarczy, by było to działanie, które coś zmienia. Może to być także konstruktywne zajęcie się swoimi myślami lub uporządkowanie swojego planu dnia…
      Cokolwiek, co nie jest uciekaniem od problemów.

  13. agnieszka pisze:

    Witam id kilkunastu lat mamy z mężem kryzys z powodu alkoholu. Historia podobna do Was takze współczuję wszystkim i proszę o wspólne przeżycie . . . I zaczelam biegac

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *